Trudne uśmiechy, płacz zostawiony na potem

Wróciłam dziś do Anglii i gdy otwierałam drzwi do domu, trzęsły mi się nogi, czuję się niekomfortowo z komfortem, który mnie czeka po powrocie z Polski i Ukrainy. Gdy już zrzuciłam bagaże i zostałam sama, wybuchłam płaczem za wszystkie te dni i za wszystkie te rodziny, które poznałam, bo przy ludziach, którzy uciekają przed bombardowaniem trzeba się uśmiechać, nieść dobre słowo i dawać nadzieję – nie można płakać.

Pytania, których nie zadałam

O co zapytać 10-letnią dziewczynkę z Kijowa? „Gdzie chodzisz do szkoły, gdzie twoi przyjaciele?” Nie, bo im się przypomni, gdzie były kilka dni temu, gdzie wszyscy bliscy zostali. „Kim chcesz zostać w przyszłości?”. Nie, bo jej świat i marzenia się zawaliły, skończyła w zupełnie nowym świecie, gdzie ludzie mówią nieznanymi językami, gdzie mama cały czas jest na telefonie i patrzy bezradnie w okno. „Wszystko będzie dobrze” Nie, bo ona żyje ze świadomością, że jej dom i zabawki pewnie zostały zbombardowane, że tata może zginąć w każdej chwili, bo poszedł na wojnę. „O, zobacz za oknem, kotek przyszedł, a tam dalej jest wielki piękny las, gdzie możecie pójść z mamą na spacer”. A potem długa cisza i niezręczne uśmiechy…

Mała Katia powiedziała mamie szeptem, „mamo to jest dom moich marzeń” o domu moich znajomych, którzy je przyjęli. Tylko, że niedługo pojadą dalej – mama złożyła aplikację o wizę do Ameryki, bo tam mają znajomego. „Gdzie to złożyć? Nie mamy tam rodziny, czy wpuszczą nas do kraju? Co nas tam czeka, co czeka nas w międzyczasie? Ile będzie trwać międzyczas?” Tymczasowy dom marzeń w Warszawie i lęk Kati o to, co będzie dalej, rozerwał mi serce pierwszego dnia.

fot. Maciej Syka

Warszawa – Lublin – Przemyśl

Moja rodzinna Warszawa jest w tych dniach niepodobna do tej, którą znałam. Setki rodzin w kurtkach puchowych z jedną walizką, czasem bez niczego, posuwają się powolnie po peronach stacji kolejowych. Niektórzy decydują się spać na dworcach, bo się boją, nie wiedzą kogo zapytać lub mają to słowiańskie poczucie, że o pomoc nie należy prosić, trzeba sobie radzić samemu. Temperatura poniżej zera, chaos, nowo przybyłych jest tylu, że nawet znając Warszawę i język, nie wiedziałabym, gdzie szukać pomocy.

Zbieramy dalej ładunek, będziemy kierować się na granicę. Od znajomych z Przemyśla przy granicy ukraińskiej słyszę, że tam w aptekach już nawet mieszkańcy nie mogą dostać paracetamolu. Zabraliśmy trochę leków z Wielkiej Brytanii, chodzimy po aptekach i wykupujemy, co jeszcze mają w Warszawie. Odbierać jeszcze będziemy przesyłki z lekami i darami w Lublinie. Zapoznałam się z wyposażeniem wojennej apteczki medycznej, większość z tych rzeczy jest już niedostępna w Polsce.

Jadą z nami dwie wolontariuszki, żeby pomagać w Przemyślu, tam nie ma rąk do pracy, trzeba sortować przesyłki, przygotowywać noclegi w opuszczonych halach. Nie da się już znaleźć w Przemyślu dla nich noclegu, wszystkie hotele pozajmowane są przez policję, wojsko i kolejarzy, którzy mają dostawiać dodatkowe pociągi przez granice. Mimo to organizacja jest niesamowita – pani Anna z Przemyśla, znajoma znajomych, której nigdy nie poznałam, postawiła wszystkie znajomości na baczność i znalazła dziewczynom ostatni wolny pokój w mieście. Solidarność i wola pomocy jest niesamowita.

Pędzimy przez Polskę, nie mamy dużo czasu, bo musimy zdążyć do Lwowa przed godziną policyjną. Po 22.00 nie można przemieszczać się po Ukrainie. O 20. zostawiamy dziewczyny z częścią leków i darów w Przemyślu pod opieką Grzegorza, który organizuje pomoc w punkcie wsparcia uchodźców. Widać, że brakuje wielu rzeczy, sterty ubrań i kartonów z nieposortowanymi rzeczami stoją na zewnątrz, ludzie palą w koksownikach i wydają zupę. Dziewczyny przez najbliższe kilka dni będą pomagać przez prawie 24h bez odpoczynku. My ruszamy na granicę i nie wiemy, czego się spodziewać. Znajomy ostrzegał, ze trzeba jechać bardzo ostrożnie przy przejściu granicznym, masa dzieci wybiega na ulice, mamy wybiegają za dziećmi. Uważać też należy przed dojazdem do granicy, bo kierowcy samochodów, które już przedostały się na polską stronę są tak roztrzęsieni, że nie pamiętają o przepisach, chcą tylko dostać się do celu. Często są to kobiety, które nigdy nie jeździły samochodem i których mężczyźni przed pójściem na wojnę, tuż przed ich wyjazdem szybko wytłumaczyli żonom, jak zapalić samochód i zmieniać biegi.

Granica

W kolejce do granicy pierwsi ludzie, których poznajemy to rosyjscy kierowcy (to niewyobrażalne, ale tak było) w hiszpańskich ambulansach jadący pomagać na wschód Ukrainy. Poznajemy też Anglików, którzy kupili jeepy, żeby zostawić je na Ukrainie potrzebującym i wrócić. Zaraz potem spotykamy grupę studentów z Kamerunu, którzy przy kilkustopniowym mrozie mają tylko cienkie kurtki i małe plecaczki. Dajemy im polską gotówkę i paczkę snickersów – nie wiadomo, ile musieli czekać na granicy. Ruszamy dalej.

Jest po 22., gdy przejeżdżamy przez granicę, poszło całkiem sprawnie, mniej ludzi wjeżdża do Ukrainy niż z niej wyjeżdża. Za granicą mijamy setki piechurów stojących na granicy polskiej i wielokilometrową kolejkę zgaszonych samochodów. Udaje nam się bez problemu przejechać przez Lwów ogarnięty snem. Spokój, majestatyczność budynków i lekko prószący śnieg wcale nie są kojącym widokiem. Być może widzimy to miasto po raz ostatni w takim spokojnym stanie, w całości…

Następnego dnia we Lwowie jedziemy do szpitala dowieźć leki oraz na dworzec centralny wydawać jedzenie i pomagać ludziom przyjeżdzającym pociągami ze wschodu. Na dworcu chodziłam z zupą, chlebem i herbatą. Tysiące ludzi na mrozie, bawiące się dzieci w skafanderkach narciarskich lub bez kurtek. Już po kilku minutach wracałam po kolejną dostawę napojów i jedzenia. Gdyby były nas setki wolontariuszy, i tak ludzi w potrzebie byłoby więcej. A setek wolontariuszy nie było.

fot. Maciej Syka

Rosyjska armia nie ma serca ani duszy.

„Skąd jesteś?” Z Charkowa, z Kijowa, z Zaporoża, z Mariupola. Ci ludzie uciekali przed bombami, wielu nie wie, gdzie jechać dalej. „Gdzie są autobusy na granicę?” Nikt nic nie wie.

Skąd masz wiedzieć, co ze sobą zrobić po całym życiu spędzonym w jednym miejscu, które być może już nie istnieje? Gdzie będzie dobra szkoła dla dzieci? Jak znajdę pracę bez znajomości języka, gdzie poślę dzieci do szkoły, żeby nie były dyskryminowane? Jak kupię jedzenie w sklepie bez pieniędzy? Ile jeszcze będziemy nocować na stacjach kolejowych przemieszczając się w niepewne? Oni muszą te decyzje podjąć jak najszybciej, każda minuta to większe wychłodzenie, mniejsza szansa na nocleg.

„Sława Ukrajini”, „herojam slawa!” Słyszymy wszędzie, przez dworzec przewija się wielu młodych chłopców idących do armii. Zazwyczaj z jednym plecakiem, biorą pociągi na wschód. Co powiedzieć takim ludziom żeby dodać otuchy? Lepiej nic nie mówić, uśmiechnąć się i przytulic.

Wieczorem spotkałam się ze znajomym, korespondentem wojennym. Widział już wiele, był w zapalnych miejscach w Donbasie, Iraku, Afganistanie i Libanie. Mówi że pierwszy raz w życiu popłakał się na tej wojnie, nigdy nie widział, żeby armia strzelała do uciekającej matki z dziećmi. „To jest wojna jakiej jeszcze nie widzieliśmy”. Rosyjska armia nie ma serca ani duszy.

fot. Maciej Syka

Opustoszały Lwów

Znowu idziemy nocą przez Lwów, centrum miasta opustoszale, milczymy, świadomi że może widzimy taki Lwow po raz ostatni. Starsza babulinka opowiada nam o swojej rodzinie, mówi doskonale po polsku. Jej rodzina od lat za granicą, ale ona tu zostaje do końca, będzie bronić swoich murów, nie zostawi Lwowa nawet jeśli będą spadać bomby, ona tu będzie stać ze swoimi kwiatami.

Następnego dnia jemy śniadanie w parafii z rodzinami, które zabieramy do Polski konwojem. Ukraińskie jedzenie jest tłuste, wszystko dosłownie moczone w smalcu, ale śmietana jest najcudowniejsza na świecie, wyjadam ją łyżkami. Ksiądz robi kawę po ormiańsku, witamy rodziny. Z Charkowa, z Zaporoża z Mariupola. Z noworodkami, ze specjalnymi potrzebami. Skromnie proszą na boku czy nie mamy dodatkowych skarpetek i leków na przeziębienie. Przepraszają za kłopot. Pokazują leki których najpilniej potrzeba, ale to leki na receptę, trzeba umówić lekarza jak już przejadą na polską stronę. Czy lekarze w Polsce wystawią receptę na czas? Mówimy tu o rodzinie, która jedzie w konwoju i będzie miała dostęp do ludzi, którzy pomogą… Ileż jest rodzin, które podróżują na własną rękę, przechodzą nowotwory i inne śmiertelne choroby, nie mając kogo poprosić o pomoc, zapominając o lekach przez mróz i stres.

I znowu pytania i… cisza

Do kuchni schodzi mama z synem. Syn kuli się pod kapturem. Mama też nie wie jak się zachować, ja staram się żeby czuli się swobodnie. Znowu ta sama myśl, o co mogę zapytać, żeby się czuli dobrze? „Skąd jesteście?” „Z Zaporoża…” cisza… „Zjedzcie barszczu, tu jest śmietana, częstujcie się”. Nerwowo wychodzę i wracam z kuchni, bo nie wiem jakie kolejne pytanie zadać, cisza jest gorsza niż rozmowa. Mama sama zaczyna mówić, że oprócz Denysa ma jeszcze trójkę dzieci, ale one zostały, by walczyć. Jeden syn gra na gitarze, córka na bałałajce, są muzykami, studiowali… Patrzę na uśmiechnięte zdjęcia i na dumę w oczach mamy i brata. Chcę zapamiętać ten moment uśmiechu na ich twarzach na zawsze, chcę, żeby wrócił na ich twarze jak najszybciej, jak wojna się skończy i gdy będą mogli znowu zobaczyć się razem w ich domu rodzinnym nietkniętym bombami. Ale to ułuda, to się nigdy nie stanie, ich miasto i wspomnienia i całe dotychczasowe życie są już zrównane z ziemią. Denys musi jechać w ambulansie ze względu na kondycję. Gdzie jadą? Nie wiedzą. Nie chcą jechać daleko, bo chcą kiedyś wrócić do kraju. Co będzie dalej? Nie możemy cofnąć czasu. Czy to ma jakieś znaczenie, co będzie dalej?

fot. Maciej Syka

Moje serce zostało z tymi ludźmi

Ruszamy konwojem do Polski. Przewozimy rodziny ze specjalnymi potrzebami. Znalazł się też kotek, który miał dobrze w tamtejszej parafii, ale nie będzie miał kto nim się zająć w czasie wojny. Miasto jest dużo bardziej obwarowane, niż gdy do niego wjeżdżaliśmy kilka dni temu, wojsko jest już wszędzie. Lwów jest gotów. Znaki drogowe są pozdejmowane, by mylić Rosjan, bilbordy mówią „Armia Rosiji, idy nach*j”. Do zobaczenia Lwowie, Twoi ludzie są piękni.

Przez tydzień zostawiałam kawałek serca przy każdej napotkanej osobie po drodze, która niepotrzebnie utraciła przeszłość, marzenia i przyszłość. Zostawiać je będę codziennie z każdą matką z dzieckiem, którzy zginęli uciekając, by przeżyć lub się już nie obudzili w zbombardowanym szpitalu położniczym.

Zuzanna Przybył
wolontariuszka, mieszka w Londynie

Tekst ukazał się w nr 5 (393), 15 – 30 marca 2022

Source: Nowy Kurier Galicyjski