Rozmowa z Marianem Traczem, Polakiem z Sambora walczącym w obronie Ukrainy

Broniliśmy Ukrainy, aby inni mogli żyć w pokoju – mówi Marian Tracz, Polak z Sambora, który walczył w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Został ranny pod Donieckiem. Dlaczego zdecydował się bronić Ukrainy, jak wyglądało życie w okopach i jakie ma plany na przyszłość, opowiedział Karinie Wysoczańskiej.

Dzień dobry Panie Marianie. Jak Pan się czuje?

Dzień dobry. Trochę już lepiej niż było do rehabilitacji. Czekam teraz na protezowanie. Najgorsze – to oczekiwanie. Każdy tu czeka na protezę, żeby móc stanąć na nogi.

Jak wyglądało Pana życie przed 24 lutego zeszłego roku?

Pracowałem, zarabiałem na życie. Trzeba było matce pomagać, siostrom. Kiedy trzeba było iść do wojska – poszedłem. Nie wiedziałem, co mnie tam czeka. W wieku 18 lat chciałem służyć, ale zostałem ze służby wojskowej zwolniony. Chciałem zobaczyć co to jest, doświadczyć tego. Teraz wiem, co to jest służba wojskowa i co jest wojna… to są różne rzeczy. Z wojny nie wszyscy wracają. Ale nigdy wcześniej nie zastanawialiśmy się nad tym. Każdy walczy za Ukrainę. Trzeba było włożyć jakiś trud i każdy swój trud włożył. Walczyliśmy o przyszłość dzieci. Broniliśmy Ukrainy, aby inni mogli żyć w pokoju.

Na jakich kierunkach Pan walczył?

Bachmut i Donieck na wschodzie Ukrainy. Utrzymywałem też pozycje w kilku mniejszych miejscowościach.

W jakich okolicznościach został Pan ranny?

To było w Doniecku. Nasza 71 brygada i 95 brygada, mieliśmy wziąć cztery pozycje. Każda pozycja miała pół na pół kilometra, takie kwadraty. Zdobyliśmy dwie. Z wrogiej strony nadleciał dron i zrzucił na mojego przyjaciela petardę, taką podobną do baterii, urwała mu nogę. Pobiegłem założyć mu stazę taktyczną. Dron przeleciał nade mną i rzucił petardę też na mnie. Leżeliśmy we dwójkę i czekaliśmy na pomoc. Zostało nas tylko trzech na miejscu, reszta wywoziła jeńców. Nie mogli oni w trzech zabrać nas dwóch rannych. Byliśmy oddaleni o pół kilometra do naszych pozycji. Zabrali kolegę, ponieważ jego stan był cięższy, a mnie zostawili. Mówili, że przyjdą po mnie. Zaczął się mocny ostrzał. Było dużo krzyków, strzelali zewsząd. Zdecydowałem się nie czekać i sam zacząłem się czołgać do naszych pozycji. Przeczołgałem się 400 metrów i zrozumiałem, że dalej nie dam rady. Straciłem dużo krwi. Miałem żółtą bombę dymną. Rzuciłem ją, żeby zobaczyli że żyję. Zobaczyli, zabrali mnie stamtąd i mówili, że było to nierealne, aby wydostać się stamtąd. Odpowiadałem, że wszystko było realne, bo bardzo tego chciałem. Nie każdy może wyjść z takich sytuacji, bo często jesteśmy silni tylko fizycznie, a tu trzeba być jeszcze silnym duchem i pomóc sobie.








fot. archiwum Mariana Tracza

Skąd Pan czerpał nadzieję w tych trudnych chwilach?

Zawsze byłem silny duchem. Nie lubię się poddawać. Trzeba iść do końca, cokolwiek by się działo.

Jest Pan teraz na rehabilitacji. Jak przebiega proces powrotu Pana do zdrowia?

Psychicznie już jestem gotowy, by stawać na nogi. Kiedy przyjechałem tutaj, było ciężko, wszystko bardzo bolało. Kiedy się straci jakąś część ciała, ból pozostaje. Trzeba to jednak wytrzymać i wstawać na protezę. Tutaj każdy ma swego rehabilitanta. Ćwiczymy każdego dnia. Mamy siłownię z różnymi trenażerami. Więc ćwiczymy również tam, żeby prędzej się odnowić. Pojadę jeszcze na leczenie do Lwowa. Ciężka to droga, ale trzeba ją jakoś przemierzyć.

W Pana żyłach płynie również polska krew…

Tak, tato był Polakiem. Mam też dwie siostrzyczki. Starsza też chodzi do kościoła, ale została ochrzczona w cerkwi, a ja i moja młodsza siostra w kościele. Żyję na Ukrainie, ale jestem Polakiem.

Wiara również pomagała Panu na froncie?

Tak. Miałem ze sobą dużo obrazków. Miałem różaniec, w kamizelce miałem jeszcze jeden obrazek Matki Bożej, nosiłem go w kurteczce. Bliscy też modlili się za mnie. Dowiedzieli się, że zostałem ranny po trzech dniach, gdy trafiłem do szpitala w Dnieprze. Wówczas nic nie miałem ze sobą, nie było też do kogo się zwrócić. Kiedy przyjechali wolontariusze i zobaczyli, że nie mam komórki ani żadnych rzeczy, przywieźli to, czego potrzebowałem. Pamiętałem numer telefonu mamy, więc zadzwoniłem do niej. Później przyjeżdżali również wolontariusze z Sambora. Rodzina też chciała przyjechać do mnie, ale nie było takiej potrzeby, bo wkrótce pojechałem na leczenie do Lwowa.


fot. Ihor Rewaga

Pan przyjeżdżał też do domu?

Byłem jeden raz, na Wielkanoc. Ale było ciężko, bo przyjechałem o kulach, kiedy zdjęto mi szwy, więc bardzo bolało. Bez leków trudno było ten ból wytrzymać. Ale trzeba też do tego się przyzwyczajać, bo to już na całe życie. Czy będzie bolało, czy nie, trzeba uczyć się z tym żyć.

Jakie ma Pan plany na przyszłość?

Jeśli będzie taka możliwość, chciałbym podjąć pracę A w przyszłości chciałbym też znaleźć jakąś dziewczynę, mieć dzieci i żyć jak wszyscy. Wcześniej nie było na to czasu, zawsze było dużo pracy. A teraz, po tym co się wydarzyło, pragnę spokojnego życia.

I właśnie tego Panu życzę. Dziękuję Panu za rozmowę, ale też za Pana odwagę i walkę o wolną Ukrainę. Niech Pan jak najszybciej wraca do zdrowia. A nam wszystkim życzę tak bardzo oczekiwanego zwycięstwa dobra nad złem.

 

Source: Nowy Kurier Galicyjski