Relacje wojenne z Charkowa. Część 1

24 lutego obudził mnie mąż.

– Słyszysz?

– Słyszę…

Podeszłam do okna, nic nie widać, podeszłam do innego okna – również nic. Ale słychać wybuchy, zaczęłam liczyć. Trzy serie wybuchów. Cisza.

– Jedziemy.

– Dobrze…

Dzwonię do mamy, proszę, by zebrała babcię i najważniejsze rzeczy i czekała na nas. Dzwonię do drugiej babci, proszę o to samo. Dobrze, że mieszkamy blisko. Dzwoni mama i mówi, że zostają, że babcia jest leżąca, że się nie da. Namawiam, nie zgadza się. Dzwonię do taty. Mieszka za miastem, okazuje się, że u niego nic nie słychać. Mówię że wkrótce przyjedziemy z babcią, że mama nie zgadza się na wyjazd. Postanawiamy jechać i wrócić po mamę.

Dziwne, ale nie czuliśmy żadnej paniki. Trzeźwo myśląc, zebraliśmy rzeczy, mąż poszedł do garażu. Jesteśmy turystami, jest nam chyba łatwiej. Śpiwory, ubranie, naczynia, namiot i karimaty, kuchenka turystyczna i już da się żyć. Nie mieliśmy żadnej „trwożnej walizki”. W ogóle nie mamy walizek, tylko plecaki. Dokumenty, pieniądze, laptopy, ubranie, bielizna, książka (nie wiadomo po co) i już. Plecaki są spakowane. Długo szukałam smyczy dla kota, znalazłam. Wychodzimy.

Od jesieni mieliśmy na utrzymaniu sześć jeży, uratowaliśmy je, aby przeżyły zimę. One już spały na balkonie u teścia. Mikołaj, mój mąż, pyta czy zabieramy jeże. Mówię: „później”. Do tej pory nie mogę wytłumaczyć dlaczego tak powiedziałam. Chyba miałam pewność, że szybko wrócimy.


Zadzwonił teść. Mieszka na granicy z Rosją. Mówi że przez wieś jedzie rosyjska technika. Prosimy, by wyjechał, odmawia. Później się zgodzi, jednak nie będzie już takiej możliwości. Do tej pory jej nie ma.

Zabieramy babcię. Wychodzę, aby pomóc jej wsiąść do samochodu. Obok bloku biega zestresowany mężczyzna, pali i do kogoś dzwoni. Podbiega do mnie i prosi, by zabrać jego żonę i dziecko. W mojej głowie pojawia się milion pytań: dokąd zabrać, przecież nie wie dokąd jedziemy, czy tam będzie bezpiecznie, a gdzie jego żona? Nie mam czasu, przepraszam i mówię, że nie możemy.

Jedziemy. Piąta rano. A już tyle samochodów, straszne kolejki na stacjach benzynowych, ludzie zdenerwowani, chcą jechać na czerwone światło, alarmują, my się nie poruszamy. Zielone – jedziemy.

Na drogę wyskakuje pies, za nim jeszcze jeden, jego nie zauważyliśmy, Mikołaj wciska hamulce. Uderzenie, jestem przestraszona, krzyknęłam ze strachu. Mąż wychodzi z samochodu, pies w porządku, pobiegł dalej, trochę się uspokajam. Piszę do koleżanki Polki: „Słychać strzały, jedziemy za miasto, nie wierzę”. Nie wierzyłam, że będzie atak na Charków, myślałam, że najgorsze za nami, że Charków oparł się w 2014 i to wystarczy. Nie wystarczyło.

Przyjeżdżamy, przytulam tatę. Wybuchy słychać już tam.

Mama jedzie do pracy, pracuje w aptece. Przyjeżdża, jednak nie ma nic do roboty, po kilku godzinach wraca do domu, wejście do metra już jest bezpłatne, na peronach pełno ludzi z dziećmi i zwierzętami.

Otrzymałam mnóstwo wiadomości i telefonów. Ktoś o coś pytał, ktoś wysyłał adresy i numery telefonów, nie tylko swoje, ale krewnych i znajomych. Wszyscy namawiali nas do wyjazdu. Zdecydowaliśmy się zostać. Nie wyruszyliśmy dalej. A te adresy trzeba zachować i odwiedzić wszystkich po wojnie, po zwycięstwie.

Spotykamy się z nowym problemem – brakiem paliwa.

Myśleliśmy tylko o mamie, tata się stresuje. Babcia nie rozumie co się dzieje, a mama nie chodzi do schroniska, aby jej nie zostawiać samej. Zapewnia, że jest spokojnie. Następnego dnia znaleźliśmy paliwo i pojechaliśmy do Charkowa.

Mikołaj odwiózł mnie do domu, sam pojechał po jeże i kotki mojej babci, aby było szybciej. Zawsze bardzo przywiązywałam się do rzeczy, trudno mi było coś wyrzucić. Jednak kiedy szybko trzeba było wziąć najważniejsze, okazało, że nie potrzebuję wielu rzeczy.

Z jeżami i kotami pojechaliśmy po mamę i babcię. Windy już nie działały. Mikołaj musiał znosić babcię na rękach. Akurat był po operacji kolana, musiał się zatrzymywać, siadał na schody, wstawał i niósł dalej. Mama do tej pory płacze jak o tym mówi i cały czas mu dziękuje. Jacyś obcy mężczyźni pomagali nam znieść torby, życzyli spokojnej drogi. My natomiast życzyliśmy im, by się trzymali i dbali o sobie. Trudno wyrazić jak wiele dobrego im życzyłam.

Wszyscy pragnęliśmy zwycięstwa.

Do dziś jesteśmy 30 kilometrów od Charkowa. Moja kochana babcia zostanie tutaj na zawsze. Odeszła do wieczności na początku maja. Urodziła się w czasie wojny i w czasie wojny zmarła. Chciała być pochowana w rodzimej wsi pod Kupiańskiem, lecz te tereny są okupowane. Nie dało się spełnić jej życzenia. Wojna nie zna sentymentów, nie ma litości.

Po wyjeździe mieszkaliśmy wszyscy razem. Czasem, uciekając od wojny, przyjeżdżali do nas krewni i znajomi, najczęściej żeby przenocować i jechać dalej.

Rekordowa liczba naszych lokatorów wyniosła: osiemnaście osób, trzy psy, osiem kotów, sześć jeży. Wojna odsłania prawdziwe twarze ludzi, ktoś bliski nagle stawał się obcym, obcy zaś stawał się bliskim. Kogoś nigdy nie potrafię zrozumieć, a kogoś nie wiem dlaczego nie rozumiałam wcześniej.

Dziwną rzeczą jest los. W poniedziałek uiściliśmy wpłatę za dom – zawsze marzyliśmy o domku przy lesie, a w czwartek wybuchła wojna. Wybuchła osiem lat temu, ale w czwartek zapukała w nasze okna. Po miesiącu życia z rodziną przeprowadziliśmy się z jeżami i kotem do naszego domku.

Po raz pierwszy łzy stanęły mi w oczach. Ten dom należał do 97-letniej staruszki, wszystko w nim było zrobione z miłością. Patrzyłam na to i rozumiałam, że była tu szczęśliwa, że tu zmarła i gdyby nie to, nie moglibyśmy tu zamieszkać. Jakież to jest smutne i zarazem wzruszające. Patrzyłam na białe drzwi, na obraz, który pewnie ona sama namalowała i szeptałam „dziękuję”, obiecując, że będziemy kochać ten dom, że jesteśmy mu wdzięczni za schronienie. Miałam wrażenie, że dom żyje, że mnie słucha i przytula.

W tym domu łatwiej mi było się usamotnić, wygodniej pracować z tłumaczeniami i nawet wróciłam do pracy.

Najgorsze jest to, że przyzwyczajamy się do wszystkiego: do wybuchów, do strzałów, do złych wiadomości. Już potrafię odróżnić, kto strzela i czasem nawet z czego.

Kilka razy jeździliśmy do domu. W naszym bloku w niektórych mieszkaniach wyleciały okna, do piwnicy bloku teścia, w którym spały nasze jeże, trafił pocisk, została zbombardowana szkoła, w której się uczyłam. Liczy się tylko ludzkie życie. Domy da się odbudować, rzeczy można nabyć, wspomnienia da się zachować.

Zauważyłam, że gdy jestem w domu, nigdy nie siadam. Szybko biorę coś i wychodzę. Zabraliśmy rzeczy drogie sercu (zdjęcia, wyszywanki, haftowane obrazy itd.), ale niektóre wolałam zostawić, aby chroniły nasz dom. Chociaż bardzo bym nie chciała ich stracić.

Jestem na pewno dziwna, a może stałam się dziwna, albo zawsze taka byłam. Inaczej odbieram ten świat, inaczej patrzę na płatki śniegu, inaczej obserwuję przyrodę. Jak w czymś tak pięknym i doskonałym może się toczyć wojna? Jak pocisk może trafić do tak pięknego lasu?

Staram się analizować swoje uczucia. W pierwszych dniach wojny czułam nienawiść, byłam wściekła, potem czułam złość, później bezsilność. Zgadzałam się pomagać wszędzie gdzie się da.

Teraz brakuje mi pewności i stabilności, trudno jest coś planować, kiedy nie wiesz co będzie dalej. Staram się utrzymać pod kontrolą przynajmniej coś, choć jakiś drobiazg.

I tylko o jednym jestem przekonana: Ukraina zwycięży. My już zwyciężyliśmy, zwyciężamy codziennie. Czujemy wsparcie całego świata, odczuwamy ból i miłość. Ważne jest, by odczuwać. Ważne, by się trzymać. I ważne, by dbać o siebie nawzajem.

Margaryta Kondratenko

Tekst ukazał się w nr 11 (399), 17 – 30 czerwca 2022

Source: Nowy Kurier Galicyjski