O pałacu hrabiów Orłowskich w Malejowcach Kurier Galicyjski pisał już niejednokrotnie. Nic w tym dziwnego, jest to bowiem jeden z najpiękniejszych zabytków w obw. chmielnickim i jeden z jego „rodzynków” turystycznych. Dumą pałacu jest 18-metrowa trawertynowa skała z wodospadem. Wodospad jest sztuczny, woda spada ze źródła, które leży nieco ponad skałą. Rzuca się w oczy sztuczna grota u podstawy skały i cerkiew pieczarna nad nią – są to pozostałości dawnego skalnego klasztoru.W „dolnej” pieczarze, wykorzystywanej przez mnichów jako kaplica stała dawniej figura św. Onufrego. Obecnie przeniesiono ją na górę przy źródle.
fot. Dmytro Poluchowycz
Opowiadając o pałacu Orłowskich chce się stosować tylko górnolotneepitety: wspaniały, unikalny, zadziwiający, romantyczny itd. Wszystkie one będą jak najbardziej na miejscu. Ale tu użyjętujeszcze jednego z nich – „szczęśliwy”.
Przez ostatnie sto lat pałac miał fantastyczne szczęście, zaczynając od tego, że rewolucyjni proletariusze i chłopi nie zniszczyli go do podstaw, jak głosiły wówczas „instrukcje”, wyśpiewywane w „Międzynarodówce”. Niestety większość pałaców Podola spotkał ten tragiczny los. Rodowe gniazdo Orłowskich szczęśliwie przetrwało i II wojnę światową, i kryzys lat 1990. Ba!… W ostatnich latach pałac dwukrotnie mógł stać się pustkowiem ze wszystkimi wypływającymi stąd konsekwencjami. Ale tu szczęśliwy los (i nie tylko on) uchowały pałac od zetknięcia się z górami lodowymi korupcji i urzędniczej bezduszności. O tym jak wolontariusze ratowali pałac pisałem już na łamach „Kuriera Galicyjskiego”.
fot. Dmytro Poluchowycz
Gniazdo rodowe Orłowskich
Malejące wsławiły siędzięki łowcy koronnemu Janowi Onufremu Orłowskiemu, który w 1785 roku wykupił klucz Malejowicki. Prawie od razu rozpoczął budowę pałacu i już w 1788 roku ukończył podstawowe prace. Autorem projektu był nadworny architekt króla Stanisława Augusta Poniatowskiego Włoch Domenico Merlini. Wystawił pałac w stylu francuskiego klasycyzmu okresu Ludwika XVI. Według ówczesnej mody głównymi elementami dekoracji były rzeźbione w kamieniu połączone rodowe herby, zwieńczone hrabiowską koroną małżonków Jana Onufrego Orłowskiego „Lubicz” i Anny ze Starzyńskich „Doliwa”. Boczne portyki dekorowały wplecione w ornamentykę inicjały imion właścicieli.
W latach porewolucyjnych cała ta szlachecka ozdoba została zdemontowanajako „ideologicznie szkodliwa” i świadectwo „ciemnej przeszłości”. Pozostawiono jedynie rok założenia „1788”, w którym komuniści nic „szkodliwego” nie znaleźli. Pałac w Malejowcachzostał, rzecz jasna, tradycyjnie rozgrabiony. Odznaczyli się przy tym rosyjscy dezerterzy, uciekający z frontu. Miejscowi w tym udziału nie brali. Orłowscy zawsze godziwie opłacali pracę swoich robotników, łożyli znaczne sumy na dobroczynne cele, wspomagali starszych, sieroty i chorych. Odpowiednio zaskarbili sobie szacunek i miłość miejscowej ludności.
Następnie uratował pałac od zniszczenia miejscowy lekarz Sielecki, który urządził w pałacu przychodnię. W latach powojennych w pałacu mieściło się sanatorium przeciwgruźlicze dla dzieci. Przez prawie sto lat ta instytucja chroniła pałac od nieszczęść. Jednak po nieudolnej reformie medycznej 2017 roku dofinansowania tego rodzaju instytucji zaprzestano. Sanatoriumstanęło przedgrozą zamknięcia. Sytuacja była krytyczna – jak wyglądają dawne pałace po opuszczeniu ich poprzednich właścicieli, widzimy niejednokrotnie na przykładzie rezydencji Żurowskich-Raciborskich w Lasowodach, czy pałacu Świderskich w Żyszczyńcach. Dziś są to godne pożałowania ruiny.
Jednak sytuację udało się wówczas uratować. Finansowania instytucji medycznej podjął się budżet lokalny.

Wolontariusze
W 2020 roku przyszła pandemia coronawirusa ze wszystkimi towarzyszącymi jej lockdownami i kwarantannami. Sanatorium znów opustoszało. Nie ma chorych – nie ma finansów na obsługę i utrzymanie, w tym i na ogrzewanie. Dla prawie ćwierćwiekowej budowli zima bez ogrzewania – to katastrofa. W gmach pałacu wejdzie wilgoć, grzyb i pleśń, której pozbyć się będzie bardzo trudno. Na szczęście w pałacu działała jeszcze stara kotłownia, opalana drewnem. A z tym problemów nie było – w parku wokół pałacu pełno starych drzew, samosiejek i zwalonych pni.
W grudniu 2020 roku Anastazja Doniec, przewodnik turystyczny i prezes organizacji społecznej „Spuścizna Malejowicka”, rzuciła hasło „drewnianego” czynu społecznego. Do Malejowic zjechali ochotnicy z Kamieńca Podolskiego, Dunajowców, Chmielnickiego, a nawet z Kijowa. Dołączyli do akcji również miejscowi i pracownicy sanatorium. Ale o przebiegu tej akcji już pisał Kurier Galicyjski.

Wówczas zrodził się pomysł uporządkowania starego parku, który przez lata stał zaniedbany i zarósł całkowicie. Tak powstał ruch „Turystyka wolontariuszy”, który zaowocował ponad dwudziestomaakcjami, podczas których stary park odżył i przestał być partyzanckim lasem.
Niestety, kiedy stało się jasne, że sanatorium dla chorych dzieci już tu funkcjonować w najbliższym czasie nie będzie, powstało pytanie – co dalej? Anastazja wysunęła propozycję utworzenia w pałacu i parku rezerwatu, podobnego do działającego już w Samczykach. Ideę poparły miejscowe władze i od kwietnia 2021 roku w danym sanatorium „Świt” stworzono „Malejowickie obwodowe muzeum kulturalno-historyczne”.
Nowe życie starego pałacu
Autor postanowił sprawdzić, jak dziś funkcjonuje dawny pałac jako muzeum i co się w nim zmieniło.
Pierwsze, co rzuca się w oczy – to wysoka 25-metrowa „forteczna” wieża. Tak naprawdę, nie jest to fragment jakiegoś dawnego umocnienia, lecz wieża ciśnień. Zdawałoby się, zwykłe urządzenie, a przecież stało się ozdobą majątku harmonijnie wpisaną w kompleks pałacowy. Kiedyś na jej szczycie był placyk widokowy, skąd Orłowscy z gośćmi lubowali się widokami okolicy.
Jeszcze niedawno wieża widoczna była jedynie od strony drogi. Od strony parku zakrywała ją para starych jesionów, a dojście do niej zagradzały gęste krzaki i samosiejki. Teraz, jak było w zamyśle, wieża jest głównym akcentem kompleksu architektonicznego górnej części parku. To miejsce docenili weselni fotografowie i w weekendy stoją kolejki tu młodych par, aby zrobić sobie zdjęcie z wieżą w tle.
Do niedawna u wylotu centralnej alei przed samym pałacem był okrągły klomb. Przy porządkowaniu terenu okazało się, że jest to zasypana ziemią stara fontanna, tradycyjna w parkach pałacowych. Fontanny na razie nie odnowiono (nie ma na to kosztów), ale jest jeziorko z różowymi liliami wodnymi (w następnym roku już będą kwitły) i grasuje stadko japońskich karpi goi (Nishiki-goi).
W czasach Orłowskich w pałacu była kaplica, gdzie były odprawiane Msze św., dostępne dla wszystkich katolików z Malejowic. Po upadku powstania listopadowego rząd carski rozpoczął represje przeciwko Polakom i Kościołowi katolickiemu. Około 1832 roku urzędnicy carscy zabronili publicznych Mszy św. w Malejowcach i w kaplicy pałacowej modliła się jedynie rodzina Orłowskich. W czasach „sanatoryjnych” w kaplicy urządzono stołówkę. Dziś znów pachnie tu kadzidłem i brzmią psalmy. Odnowioną kapliczkę wykorzystują wierni Prawosławnej Cerkwi Ukrainy.
Kardynalne zmiany widoczne są i w samym pałacu. Ze ścian znikła cała naoczna agitacja, charakterystyczna da zakładów oświaty. Oprócz tego zdemontowano szereg ścianekdziałowych zpoprzednich lat, odkryto na nowo główną salę pałacu z amfiladą pianomobile (po włosku – „wspaniałe piętro”, w barokowej architekturze piętro, gdzie są główne sale i komnaty).
W spadku lecznicy-sanatorium muzeum przypadły grubo bielone ściany, gdyż normy sanitarne wymagały regularnego bielenia ścian. Wieloletniepokłady wapna zamaskowały wspaniałe „włoskie tynki” – stiuki, przypominające marmur. Zaprzyjaźniony z dyrekcją muzeum zawodowy restaurator Aleksander Wisztanczenko przeprowadził penetrację w kilku miejscach. Okazuje się, że w większości sal stiuki zachowały się bardzo dobrze. Jednak odskrobanie z pokładów wapna kilku decymetrów kwadratowych – to jedno, a przeprowadzenie generalnych prac konserwatorskich i oczyszczenie setek metrów kwadratowych ścian – to zupełnie co innego. Jest to praca dla całej brygady specjalistów i sumy, potrzebne na to kończą się sześcioma zerami. W obecnych warunkach wojny i powojennej odbudowy przez najbliższe dziesięciolecia na finansowanie z budżetu państwowego nie ma co liczyć. A może znajdą się nieobojętni mecenasi?
Aleksander Wisztaczenko dokonał też interesującego odkrycia. Okazuje się, że na stropie w holu zachowały się oryginalne XVIII-wieczne freski! Na razie odkryto pod warstwą wapna niewielki fragment z roślinną ornamentyką. Nie wykluczone, że mogą tam ukrywać się tak wówczas popularne amorki i herby rodowe właścicieli.
Do niespodziewanych odkryć należą również fragmenty dwóch figur sakralnych. Obie przedstawiały jednego świętego – Jana Chrzciciela. Jedna jest dziełem doświadczonego mistrza, a druga – ludowy prymityw. Prawdopodobnie obie powiązane są w jakiś sposób z pieczarną świątynią, która przez jakiś czas była poświęcona temu świętemu. Prawdopodobnie zachowały się tu ślady pierwszego właściciela, Jana Orłowskiego.
W pałacu na razie brakuje stosownych mebli z epoki, ale nie brak rzeczy interesujących. Niedawno w jednej z komnat PolinaSzuchtujewa otworzyła pracownię strojów historycznych. Jej prace wystawiane są tu jako eksponaty. Na życzenie można tu przebrać się do sesji fotograficznej w suknię z XIX wieku i poczuć się przez chwilę hrabiną Orłowską.
Ludzi zmęczonych asfaltem, betonem i innymi udogodnieniami urbanizacji, cieszy tu niewielkie stadko owieczek, bardzo sympatycznych i towarzyskich oraz baranka Sousa. Zwierzątka te, oprócz roli modeli do zdjęć, pełnią tu funkcję „kosiarek”, nieustannie kosząc trawę w starym sadzie i części parku. Sous jest dobrym opiekunem stada, które rozrasta się w oczach. Autor był świadkiem przyjścia na świat miłego czarniutkiego jagniątka. W muzeum obiecanonazwać małą owieczkę na cześć „Kuriera Galicyjskiego” – Kurierką!
Pałac hrabiowski trudno wyobrazić sobie bez arystokratów wśród wszystkich zwierząt domowych – koni. Pojawiły się one również tu. Pierwszą była nadzwyczaj urodziwa biała kobyła Orbita ze złotym źrebięciem o książęcym imieniu, Olgierd. Te konie, to nie jakieś tam wiejskie szkapy, leczrodowe,rasy orłowskiej, konie wierzchowe. Nazwa rasy nie ma nic wspólnego z hrabią Orłowskim. Rasa została wyhodowana w stajni rosyjskiego hrabiego Aleksego Orłowa (brata faworyty carycy Katarzyny II, Grigorija). Niedawno w majątku zjawiła się srokata kobyłka Arizona. Jest niewielka, spokojna i bardzo miła. Koniki zostały tu przywiezione dla zdjęć podczas sesji, dla hipoterapii i przejażdżek dzieci. Dla miejskiego dziecka nakarmić konika marchewką czy ciastkiem – to wielka radość, a już przejechać się wierzchem – to prawdziwe szczęście.
Uchodźcy
Gdy wybuchła wojna z Rosją,pałac hrabiowskistał się przytułkiem dla licznych uchodźców.
– Przez Malejowce przeszło ponad dwieście osób – mówi dyrektor muzeum Anastazja Doniec – którzy zatrzymali się na kilka dni, aby odetchnąć od okropieństw wojny, ostrzałów i śmierci. Potem ruszali dalej na Zachód, przeważnie do Polski. Niektórzy pozostawali tu na dłużej.
fot. Dmytro Poluchowycz
Pracownicy muzeum stawali się świadkami prawdziwych dramatów.
–Głucho-niema dziewczyna z Charkowa, mieszkająca w muzeum, straciła męża – opowiada dyrektor. – Walczył w oddziale „Sarmata”. Dzień wcześniej zadzwonił do mnie i prosił, by znaleźć mu brygadę robotników, gdyż chciał kupić i wyremontować dom w Malejowcach, gdzie tak bardzo spodobało się jego żonie. Dzień wcześniej układał plany, marzył o remoncie domu… Gdy dziewczyna dowiedziała się o śmierci męża, rozdała wszystkie jego rzeczy…
Ludzie, którzy uciekają od wojny, dziś już nikogo nie dziwią – od dawien dawna wojna i uchodźcy to pojęcia nierozerwalne. A w Malejowcach zdążyli zagościć najdziwniejsi uchodźcy. Mowa tu o tabunie zanikającej rasy poleskich koników (pozostało ich najwyżej dwadzieścia). Ta dziwna rasa, która pojawiła się na Polesiu,była kiedyś popularna w całej Ukrainie. Genetycznie najbliżej im do dzikich tarpanów, które zostały całkowicie wyniszczone pod koniec XIX w. Od swoich dzikich przodków te zwierzęta przejęły ciemną smugę wzdłuż grzbietu i smużki na nogach, jak u zebr (są prawie niewidoczne). Do niedawna poleskie konie w gospodarstwach ukraińskich były mniej popularne niżtarpany w stepach. Na progu XXI wieku rasa okazała się na granicy wymarcia.
Ratunkiem tej zanikającej rasy zajęli się entuzjaści z organizacji „Oreli”, którzy w przysiółku Szczerbate Cugle koło strefy elektrowni czarnobylskiej zaczęli gromadzić ocalałe zwierzęta tej rasy. Gdy w styczniu zanosiło się nawojnę, część stada zdecydowano ewakuować w głąb Ukrainy. Do Malejowiec przywieziono młodzież – koniki w wieku 1,5-2 lat. Po jednym od każdej kobyły, aby maksymalnie zachować genetykę zwierząt. Jak się wkrótce okazało – w dobrym czasie.
Poleskie koniki od razu stały się ulubionymi zwierzętami pracowników muzeum i jego gości. Nieduże, sympatyczne, łagodne i nadzwyczaj przyjazne dla ludzi. Lecz w swej bezpośredniości – bardzo nachalne. Autor, wiedząc o niezwykłych uchodźcach, specjalnie zaopatrzyłsię na tę wizytę w kilka kilogramów,marchwi. Marchewkę koniki z radością schrupały, a potem chodziły w ślad i wpatrywały się wprost wduszę swoimi wielkimi smutnymi oczyma, łapały za odzieżwilgotnymiwargami i wymagały kontynuacji bankietu. Ale gdy przekonały się, że marchwi już więcej nie ma, poczłapały do innej grupy turystów, spodziewając się kawałka chleba czy ciastka. A jak nie, to przynajmniej głasków.
Koniki gościły w Malejowcach do połowy lipca, ażzostały przewiezione do rezerwatu w Rzyszkowie w obw. kijowskim. Wracać z nimi do swego przysiółku na razie nie ma sensu – jest to niebezpieczne, gdyż cały czas pozostaje zagrożenie ataku ze strony Białorusi.
Dmytro Poluchowycz
Tekst ukazał się w nr 15 (403), 15 – 29 sierpnia 2022
Source: Nowy Kurier Galicyjski











