Legendy starego Stanisławowa. Część 42

Dwie dzwonnice

Tymczasowa dzwonnica kolegiaty z 1932 roku dotrwała do naszych dni, z archiwum autora

Po lewej stronie od dawnej kolegiaty stanisławowskiej, obecnie Muzeum Sztuki Przykarpacia, stoi wspaniała barokowa dzwonnica. Wzniesiono ją w 1744 roku, rozebrano w 1960 i ponownie wystawiono w 2001 roku. Tuż za nią stoi jeszcze jedna – znacznie mniejsza, skromniejsza, żelbetowa. Powstaje pytanie – po co przy jednej świątyni dwie dzwonnice?

Blisko kolegiaty podczas walk I wojny światowej wybuchło kilka potężnych pocisków, które znacznie uszkodziły starą dzwonnicę. Kapłani i magistrat dłuższy czas nie mogli zebrać funduszy na jej odbudowę, aż w 1931 roku zaradny ksiądz Eugeniusz Baziak uzyskał potrzebną sumę. Żeby nie było przerwy w nabożeństwach, inżynier Stanisław Trela wystawił w 1932 roku tymczasową dzwonnicę, dokąd przeniesiono część dzwonów. Tenże architekt jest również autorem przebudowy stanisławowskiego ratusza. Po odnowieniu starej dzwonnicy tymczasowej nie rozebrano, więc kolegiata ma dziś dwie dzwonnice.

Tajemnica architekta Treli

W odróżnieniu od poetów, architekci rzadko kończą życie samobójstwem. Prawdopodobnie dlatego nieżyczliwe języki fikcyjnie sprowadzają ich z tego świata. Mówiono na przykład, że twórca Opery Lwowskiej Zygmunt Gorgolewski zastrzelił się, gdy dowiedział się, że dzieło jego życia wzniesione nad podziemną rzeką, zaczęło się zapadać. Gorgolewski w rzeczywistości zmarł na serce, Pełtew zaś pod teatrem wcale nie płynie – jej bieg skierowano innym kanałem, obok gmachu.

Stanisław Trela, fot. z Państwowego Archiwum obw. iwanofrankiwskiego

Podobną legendę ma również Stanisławów. Począwszy od połowy lat 20. w mieście aktywnie działa utalentowany architekt Stanisław Trela. Zrekonstruował Teatr Miejski (dziś Filharmonia) i kościół ormiański. Według jego projektów powstaje gmach szkoły Piramowicza (ob. szpital przy ul. Matejki), kino „Ton” („Lumiere”), kościół przy ul. Wowczynieckiej i siedziba bursy handlowo-przemysłowej (późn. Pałac Pionierów). Jego największym osiągnięciem jest niewątpliwie stanisławowski ratusz. Trela bardzo przejmował się tą budową i prawie co dnia odwiedzał plac budowy… Aż raptem gdzieś zniknął.

Ratusz w Stanisławowie w budowie, NAC

Po mieście rozeszły się pogłoski, że architekt popełnił samobójstwo z powodu poważnych błędów przy wznoszeniu budowli. Niektórzy opowiadali nawet ze szczegółami, jak biedny Trela zwariował i rzucił się z wieży ratuszowej. Jedni wierzyli tym pogłoskom, inni nie, ale fakt pozostaje faktem – w Stanisławowie Treli nikt więcej nie widział.

Obecnie historycy odrzucają wersję samobójstwa, ale nie mogą też określić dalszego losu architekta. Ostatnia wzmianka o nim pochodzi z 1932 roku. Później architekt co jakiś czas „wypływa”: a to w Łodzi, a to w Warszawie, ale i tu jego ślady się gubią. Prawdopodobnie wyjechał za granicę, ponieważ jeszcze w 1930 roku starał się o paszport zagraniczny „na wyjazd do państw europejskich oprócz Bolszewii”.

Kolorowy płot

Jak wyglądał Stanisławów za Austrii czy Polski możemy sądzić jedynie z czarno-białych fotografii. Ale nie znaczy to, że kolorowy film wówczas nie istniał. Kolorowe odbitki były drogie, proces ich powstawania złożony – wobec tego w naszym prowincjalnym mieście to „know-how” zjawiło się nie prędko. Pierwsze kolorowe pocztówki z widokami naszego miasta pojawiły się dopiero w 1958 roku. Mniej więcej w tym czasie również kolorowe zdjęcia zaczynają zdobić rodzinne albumy.

Rynek w Stanisławowie, fot. ze źródeł internetowych

Ale dzięki triumfowi internetu mamy już możliwość zobaczyć kolorowy Stanisławów. Nieznany autor wybrał wprawdzie do upamiętnienia dość niezwykły obiekt. Zamiast zabytków architektury uwiecznił on młode wiejskie kobiety, handlujące jajkami pod jakimś płotem. To właśnie ten płot pomoże nam określić miejsce, w którym zrobiono zdjęcie i czas jego wykonania.

Na stronie polskiego Narodowego Archiwum Cyfrowego (NAC) umieszczono wiele zdjęć naszego miasta z okresu międzywojennego. Na jednym z nich widzimy proces budowy stanisławowskiego ratusza, który mocno ucierpiał w czasie I wojny światowej. Budowa otoczona jest wysokim drewnianym płotem, który lokalni przedsiębiorcy oblepili reklamami swoich zakładów, a teatry i kina – afiszami. A ponieważ plac wokół ratusza służył jako centralne targowisko, sprzedający szybko zajęli przy płocie swoje strategiczne stanowiska.

Jak świadczy krajoznawca Mychajło Hołowatyj, ratusz przebudowywano w latach 1929-1935. Prawdopodobnie tyle czasu stał również płot z reklamami. Nie pomylimy się, gdy czas powstania fotografii określimy jako początek lat 30. Takich kolorowych zdjęć była cała seria. Przedstawiają wieśniaczki, sprzedające jarzyny i mleko. Ale już nie stoją przy płocie.

Morderstwo dra Lachmunda

Kryminalna historia Stanisławowa jest na razie mało znana i czeka na swego badacza. Jest jednak kilka przestępstw, które poruszyły całe miasto. Jednym z nich jest bez wątpienia morderstwo lekarza cywilnego szpitala dr. Lachmunda.

Dr Adam Lachmund, NAC

Otóż mamy listopad 1933 roku. Na obrzeżach Stanisławowa stoi główny szpital miasta – tzw. „cywilny” lub „społeczny” (ob. jest to miejski szpital kliniczny przy ul. Mazepy). Już od siedmiu lat jego dyrektorem jest utalentowany chirurg dr Lachmund. Miej więcej tyleż czasu pracuje w szpitalu skromny monter Józef Nycz. Z nieznanych przyczyn zostaje on zwolniony z pracy. Razem ze swym następcą idzie do piwnicy, aby przekazać mu swoje narzędzia. Za nimi podąża również doktor znany ze swej dociekliwości i totalnej kontroli wszystkiego, co działo się w szpitalu. Wybierając chwilę sam na sam z dyrektorem, Nycz wyciąga rewolwer i strzela do swego szefa. Usiłuje zbiec, ale personel szpitala blokuje wyjście. Wówczas monter podnosi rewolwer do skroni i naciska spust.

Tymczasem rannego Lachmunda ratują najlepsi lekarze miasta. Jego stan jest jednak ciężki – ma przestrzelone prawe płuco. Około godz. 13.30 37-letni chirurg umiera wskutek wewnętrznego krwotoku.

Jest to wersja oficjalna, która ukazała się w prasie. O prawdziwej przyczynie informuje w swoich wspomnieniach współwięzień Nycza. Ten opowiedział mu, że miał kochankę, która pracowała w szpitalu. Pewnego razu zobaczył ją doktor – znany lowelas. Między nimi wybuchł burzliwy romans, nieszczęśliwy monter został za burtą i chwycił za broń.

Ale jak on mógł to opowiedzieć, skoro strzelił sobie w skroń? Rzecz dziwna – Nycz przeżył! Co więcej – ta właśnie kochanka przez długi czas nosiła mu do więzienia różne delikatesy. Bo miłość – to straszna rzecz!

Wypadek na pasiczniańskim moście

W okresie międzywojennym Stanisławów niezbyt często gościł na łamach prasy stołecznej czy nawet lwowskiej. Ale 5 czerwca 1934 roku miało miejsce wydarzenie, o którym wiadomość dziennikarze roznieśli po całym kraju.

Uszkodzony most na Bystrzycy Sołotwińskiej, fot. z czasopisma „Tajny detektyw”

Tego dnia o godz. 10.15 rano przez most na Bystrzycy Sołotwińskiej jechał parowy walec i ciągnął za sobą wagonik, w którym mieszkali robotnicy i przechowywano narzędzia. Z naprzeciwka, od strony Halicza, jechały dwa wozy wyładowane drwami. Most miał wprawdzie betonowe filary, ale przęsła były drewniane i nie wytrzymały obciążenia. Rozległ się głośny trzask i przęsło o długości 26 m zawaliło się. Walec, wagonik i obie fury z końmi i ludźmi spadły z wysokości 7 m.

Na miejsce wypadku natychmiast przybyła ze Stanisławowa policja, straż ogniowa i lekarze. Było kilka ofiar. Między innymi woźnica Maksym Hrynkiewicz złamał lewą nogę. Najbardziej poszkodowane było małżeństwo Iwana i Paraski Staszyńców z Pawełcza (ob. Pawliwka). Odnieśli liczne kontuzje i mieli uszkodzenia wewnętrzne z krwawieniem. Po kilku godzinach kobieta zmarła w szpitalu. Najlepiej z tego wypadku wyszły konie – gdy wyciągnięto je z wody, nie wyjawiono żadnych uszkodzeń.

Inżynierowie drogowcy rozpoczęli śledztwo. Dziennikarze podkreślali, że most powstał zaledwie cztery lata wcześniej. Wysunięto wersję, że podczas powodzi 1933 roku został on lekko uszkodzony. Drogowcy zawczasu go nie naprawili – i masz nieszczęście. Władze wyciągnęły z wypadku prawidłowe wnioski i niebawem drewniane przęsła zamieniono na stalowe.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 8 (372), 30 kwietnia – 13 maja 2021

Source: Nowy Kurier Galicyjski