KLAWESYN(ista) NA ROWERZE, czyli jak muzyką budować mosty

Warszawski muzyk o lwowskich korzeniach wyrusza w wyjątkową trasę koncertową. W ciągu dwóch tygodni pokona setki kilometrów – od Zamościa, poprzez tereny dawnych Kresów Południowo-Wschodnich, aż po Mołdawię, z finałem w Odessie. W dodatku pokona je rowerem! O potędze budowania mostów poprzez sztukę, trudach organizacyjnych trasy koncertowej i walce z samym sobą podczas samotnej rowerowej wyprawy opowiada Stanisław Łopuszyński.

Skąd pomysł na taką wyprawę?

Chcę zrobić coś niezwykłego, czego nikt wcześniej nie zrobił – bo, umówmy się, nikt nie jest tak głupi albo szalony. (śmieje się) A tak na poważnie – ta wyprawa łączy wiele aspektów mojego życia. Muzykę – gram na klawesynie i fortepianie, zamiłowanie do organizowania przedsięwzięć, spędzanie czasu wakacyjnego na podróżach rowerowych, umiłowanie historii, zwiedzanie, nawiązywanie kontaktów międzynarodowych, które umożliwiają tworzenie ciekawych projektów nie tylko w Warszawie i pomagają budować mosty poprzez sztukę.

Dorzućmy do tego lwowskie korzenie.

Oczywiście. We Lwowie mieszkała rodzina moich pradziadków, której historię dopiero odkrywam. Nie poznałem babci Anieli, ale była to niezwykle ciekawa osoba. Miała licencję pilota szybowcowego, pracowała tak jak mój dziadek Jerzy Łopuszyński (a jej mąż) w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku, a także angażowała się w wiele akcji Solidarności. Jej tatą był Juliusz Kleiner, historyk literatury, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz przed wojną Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.

Rozmawiam z prawnukiem literaturoznawcy, którego Zarys dziejów literatury polskiej był moją pomocą naukową jeszcze w czasach szkolnych… Poruszające!

Mnie poruszyło to, że gdy byłem rok temu w Krzemieńcu, odwiedzałem miejsca, w których on też z pewnością bywał. Kto wie, może też grał tam na fortepianie (był również znakomitym pianistą). To też napędza mnie do wyjazdów na Ukrainę. Chciałbym tam pojechać tak po prostu, móc pooddychać tamtym powietrzem, pobyć tam. Odnaleźć groby moich przodków. Niestety obecnie pandemia to wszystko utrudnia.

Podobnie jak utrudniła Ci zrealizowanie tej trasy muzyczno-rowerowej już dwa lata temu.

Faktycznie, pomysł pojawił się w styczniu 2019 roku. Wtedy zacząłem się wdrażać w historię Kresów. Zafascynowało mnie to, jak te wszystkie miejsca, które obecnie mam zamiar odwiedzić, łączą się z historią, o której uczyliśmy się w szkole. To wszystko tworzy jedną całość. Myślę, że wiele Polaków nie odkryło tych ziem i mam nadzieję, że moja podróż pozwoli na zwiększenie zainteresowania tamtymi rejonami.

I właśnie na początku 2019 roku przypadkowo natknąłem się na fanpage Instytutu Polonika i odezwałem się do nich z informacją, że chciałbym jechać w taką trasę. I choć wtedy wyjazd się nie odbył (zbyt późno wziąłem się za organizację), to już wówczas Pan Jakub Ber – od którego zaczęła się moja przygoda – powiadomił niektóre polskie placówki dyplomatyczne i inne towarzystwa na Ukrainie o moim pomyśle. W wyniku tego zacząłem pisać do tych jednostek na początku 2020 roku, ale pandemia pokrzyżowała wszystkie plany, bo chodzi przecież nie tylko o koncerty, lecz także o spotkania z ludźmi. Jednak współpraca z Instytutem trwała: zaowocowała projektem historyczno-muzykologicznym dotyczącym muzyki dawnych Kresów Południowo-Wschodnich: „Tak brzmi Lwów”, który zrealizowałem wraz z wszechobecnym w świecie muzycznych kresów dr. Michałem Piekarskim.

Teraz już w jakimś stopniu umiemy żyć z pandemią, mamy więcej wiedzy, częściowo jesteśmy zaszczepieni, dlatego zdecydowałem się wrócić do pomysłu.

Zaczynasz od Zamościa.

Tak jest, a następnie jadę rowerem do Lwowa.

Łatwiej przekracza się granicę na rowerze?

Nie wiem. (śmieje się) Rowerem przekroczyłem granicę polsko-ukraińską tylko raz, podczas Europejskich Dni Dobrosąsiedztwa pod Włodawą, ale to było specjalne przejście pieszo-rowerowe. Nie sądzę jednak, żeby był jakiś problem, zwłaszcza że wspiera mnie Konsulat Generalny RP we Lwowie.

… który jest jednym z „aniołów stróżów” Twojej trasy. Kto jeszcze będzie nad Tobą czuwał?

Przede wszystkim moja Babcia i Mama oraz cała rodzina (śmieje się). Eskortują mnie do Lwowa, gdzie organizujemy rodzinny zjazd. Kiedy jak nie teraz!

Organizacyjnie wspierają mnie polskie ośrodki i Polacy mieszkający w miastach, które odwiedzę. To piękne, że wychodzą też z własną inicjatywą, np. Konsulat Generalny w Łucku odezwał się do Rady Miasta Tarnopola, która zgodziła się zorganizować mi tam koncert. Konsulat w Winnicy wspiera mnie pod kątem transportu, otrzymałem też patronaty honorowe Prezydenta Miasta Zamościa Pana Andrzeja Wnuka, Konsulatu Generalnego RP w Odessie, Instytutu Polskiego w Kijowie i wiele inny polskich towarzystw na Ukrainie i w Mołdawii.

Jadę na rowerze, ale do pewnego momentu równolegle jedzie ze mną samochód, który przewozi klawesyn. Instrument dojedzie ze mną do Chocimia, następnie klawesyn zostanie na Ukrainie, a ja pojadę do Mołdawii. Jest to dla mnie jeszcze nieznany kraj, nie wiem, w jakim stanie są drogi, w dodatku będą tam gigantyczne temperatury, a klawesyn nie powinien być narażany na panujące tam upały.

Obecnie rusza kampania informacyjna. „Kurier Galicyjski” objął patronatem tę trasę, za co dziękuję. Liczę, że dzięki temu dotrę do grupy miejscowych odbiorców. Stworzyłem plakat, materiały promocyjne. Kontaktuję się z krajowymi mediami.

Przygotowanie takiej trasy koncertowej to miesiące ciężkiej pracy organizacyjnej. Jestem wdzięczny wszystkim osobom, które się w to włączają. Wciąż jest dużo do zrobienia, ale wiele osób już teraz przyczyniło się do sukcesu tego przedsięwzięcia.

Stanisław Łopuszyński, fot. Maria Jarzyna

Zostało kilka dni do startu. Jak się z tym czujesz?

Dziwnie. (śmieje się) Mam poczucie, że powinienem mieć jeszcze dwa miesiące. Stresuje mnie, że muszę teraz ćwiczyć nie tylko grę na fortepianie i klawesynie, ale i jazdę na rowerze.

Boję się nieco tej trasy. To będzie samotna podróż. Walka z samym sobą. Czasem ktoś mi mówi, że nie dam rady – w dobrej wierze, oczywiście. Prawda jest jednak taka, że nie wiem, jak będę reagował, mając codziennie występ i 100 km do przejechania. Po płaskim terenie jest to do zrobienia, ale na tym… Nie wiem też, jaka będzie nawierzchnia. Przygotuję się najlepiej, jak tylko mogę, ale jest to wielka niewiadoma. Muszę być przygotowany na to, że któregoś dnia nie dojadę i będę musiał przełożyć koncert. Z tego względu zaplanowałem dwa dni techniczne, w których mogę odpocząć. Nie chciałbym korzystać z innego transportu na tym terenie, ale jeśli zdarzy się coś, co mi uniemożliwi jazdę rowerem, to oczywiście nie będę tego robił na siłę. Rozum i godność człowieka (RiGCz) powinny być na pierwszym miejscu.

Skoro jest tyle niewiadomych, dlaczego mimo wszystko decydujesz się na rower?

Sprawia mi to przyjemność. Przy okazji schudnę i wyrobię sobie psychikę żelazną jak pośladki rowerzysty. (śmieje się)

Co usłyszymy na Twoich koncertach?

W pierwszej części podróży będę grał głównie na klawesynie. Repertuar będzie związany z muzyką francuską, niemiecką, może hiszpańską. Będą to szlagiery muzyki klawesynowej: Jan Sebastian Bach oraz jego synowie, Louis Couperin oraz Francois Couperin, czyli muzyka francuska, możliwe Domenico Scarlatti, czyli akcent włoski. Trudno powiedzieć. Możliwe, że zawita również lwowski Mozart, czyli Franz Xaver Wolfgang Mozart. Zadbam też o lżejszy repertuar, muzykę filmową, jazzową, popularną.

Najbardziej cieszę się na koncerty, podczas których będę miał i klawesyn, i fortepian. Będę mógł pokazać różnice brzmienia, ale też temperamentu repertuaru.

Wspominałeś też o akcentach etnicznych oraz lokalnych.

Zależało mi, by zaaranżować utwory związane z konkretnymi miastami i okolicami, „odkurzyć” niektóre z nich, więc repertuar będzie się zmieniał. Zresztą nie mógłbym grać tego samego cały czas, bobym się zanudził. (śmieje się)

Przygotowałem aranżację piosenki związanej z Tarnopolem. W Jazłowcu wykonam muzykę Mikołaja Gomółki, ponieważ jego nazwisko widnieje na epitafium w ruinach tamtejszego kościoła. We Lwowie oprócz typowego klawesynowego repertuaru skupię się na lwowskich piosenkach. Dołączy tam do mnie moja siostra Julia Łopuszyńska, harfistka. Wykonamy recital klawesynowo-harfowy. Dla Odessy przygotowuję utwór Nikolaia Kapustina, ukraińskiego kompozytora, który niestety zmarł w ubiegłym roku, a był związany z Charkowem.

Twoje zainteresowania nie kończą się jednak na muzyce. Z tego, co wiem, angażujesz się również w działalność teatru improv?

Tak! Początki tej przygody są dość zabawne. Na domówkach środowiska artystycznego często jest pianino albo fortepian. Przy takich okazjach zawsze siadałem do instrumentu, grałem improwizacje, muzykę popularną, jazz. Pewnego dnia kolega muzyk odezwał się do mnie z pytaniem, czy mogę go zastąpić na próbie. (Wiedział, że nie mam problemu z graniem ad hoc). Pytam: na ile. On: na zawsze. (śmieje się)

Kolega wyjechał na studia za granicę, a ja od tamtego czasu gram z chłopakami.

Kim są Twoi sceniczni koledzy z BCA Flash?

Każdy z nich jest specem w zupełnie różnych dziedzinach. Bliźniacy Mikołaj i Kajetan (prawnicy, świetni piłkarze drużyny Szczęki Szczęśliwice w Warszawie – polecam), Krzysztof (studiuje inżynierię budownictwa lądowego), Karol (działacz związany teraz m.in. z Janiną Ochojską), Jachu (studiuje medycynę w Londynie), Jakub (student WUM i SGH, przyszły radiolog), Jan (najmłodszy w historii kontroler ruchu na Okęciu i mistrz świata w pływaniu – będzie nas reprezentował na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio; ostatnio był w Budapeszcie i wrócił z 4. miejscem z Mistrzostw Europy) i Kuba (jedyny aktor w naszym gronie, absolwent AST w Krakowie, wielce szanowany na scenach polskich).

Wszystkich są niezwykle kreatywni. Cieszę się, że Teatr Improv staje się coraz bardziej znany. Jego zaletą jest to, że gramy na podstawie sugestii publiczności. Podajmy może jakiś przykład czytelnikom… Elu, jakie słowo być teraz podrzuciła?

Jedzenie!

Dobrze. Więc załóżmy, że gramy jedzenie. Albo że my jesteśmy jedzeniem. I wtedy np. pytamy publiczności, jakimi jesteśmy produktami albo jaka relacja jest między mąką a jajkiem… Koledzy aktorzy wcielają się w postacie, a ja improwizuję na instrumentach klawiszowych do ich improwizacji. Daje to dużo radości!

Są też „Klasycznie Niepoważni”.

To z kolei projekt autorski Jakuba Szafrańskiego, do którego dołączyłem rok temu. Projekt mówi o muzyce w sposób niezwykle profesjonalny, ale nie nudny, jak to bywa na zajęciach z muzykologii. (Proszę w tym miejscu o wybaczenie wszystkich wykładowców akademickich). Przedstawiamy trudne pojęcia w przystępny sposób, tłumaczymy je. Pandemia nas nieco zatrzymała, ale mamy już studyjny projekt, z profesjonalnym sprzętem. Można nas oglądać online.

Czy można będzie również oglądać transmisje Twoich koncertów na Ukrainie?

Nie wykluczam, ale to zależy od dostępności Internetu.

Czego Ci życzyć przed wyruszeniem w tę trasę?

Wszystkiego! Mam też szczerą nadzieję, że uda mi się poprzez taką inicjatywę pokazać, że bez względu na wszystko Ukraina, Mołdawia i Polska mają, choć nieraz bardzo trudną, to jednak wspólną historię i jeśli nie połączymy sił, to nie zdołamy ocalić dobytku historycznego, spadku kulturowego, którym możemy się dzielić.

Trzymamy kciuki!

Rozmawiała Ela Lewak

Stanisław Łopuszyński urodził się w Lille we Francji w 1993 r. Ukończył szkołę muzyczną II stopnia w Warszawie w klasie klawesynu i fortepianu, a obecnie jest absolwentem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina Warszawie w klasie prof. Lilianny Stawarz. Stanisław jest utalentowanym młodym muzykiem. Pracował z wieloma wybitnymi polskimi i zagranicznymi klawesynistami, czego wynikiem są nagrody na wielu konkursach w Polsce i poza jej granicami. W 2017 roku rozpoczął współpracę z Filharmonią Narodową w Warszawie. W czasie swojej rozwijającej się kariery zagrał ponad 300 koncertów z różnorodnym repertuarem. Artysta wykonuje muzykę renesansu, baroku, klasycyzmu, romantyzmu, impresjonizmu, muzykę współczesną, piosenkę aktorską, poezję śpiewaną, jazz, improwizację oraz muzykę filmową.

Source: Nowy Kurier Galicyjski