Jesienne podróże teatralne. Rok 2022

Rozmowa Anny Gordijewskiej z dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim.

Proponuję, abyśmy dzisiaj porozmawiali o ostatnich wydarzeniach teatralnych.

Zupełnie nieoczekiwanie ten jesienny okres w życiu naszego teatru okazał się i bardzo pracowity, i bogaty w wydarzenia.

Chciałabym przypomnieć, że na temat Jesiennych Konfrontacji Teatralnych we Lwowie już z Panem na łamach naszej gazety rozmawialiśmy. Polski teatr ze Lwowa tradycyjnie wziął udział w wileńskim festiwalu. Proszę opowiedzieć o tym.

Tak, część prezentacji konfrontacji jesiennych juz została omówiona w Nowym Kurierze Galicyjskim. Ale chciałbym wrócić do premiery Nic dwa razy na podstawie wierszy Wisławy Szymborskiej, bo to przedstawienie tuż po premierze pojechało w gościnną podróż do Wilna na VI Międzynarodowy Festiwal Monospektakli MonoWschód. Tam spotkaliśmy bardzo wiele ciekawych propozycji. Przyjechali artyści ze Szkocji, z Niemiec i naprawdę warto było oglądać te spektakle. Bardzo pięknie zaprezentował się jeden z aktorów z Gdańska w spektaklu Być jak Charlie Chaplin. Pokazał ogromną skalę swoich umiejętności. Ten spektakl przygotował, reżyserował i napisał zresztą Piotr Wyszomirski, który od pewnego czasu współpracuje z Polskim Studiem Teatralnym w Wilnie. Obejrzeliśmy to przedstawienie, spędziliśmy bardzo miły wieczór, który był właściwie jakby prezentem dla nas, takim odpoczynkowym. Przyjechał dwuosobowy kabaret z Warszawy – wspaniały pianista i śpiewaczka – z przedstawieniem Piosenka, kabaret, recital. Pianista nazywał się Stanisław Łopuszyński, natomiast solistką była Dorota Sacewicz. Zaproponowali program bardzo różnorodny, dominowała piosenka francuska, którą osobiście bardzo lubię. Natomiast Stanisław okazał się wspaniałym nie tylko pianistą i akompaniatorem, ale – wspaniałym prowadzącym. Więc wszyscy uczestnicy tego festiwalu byli zachwyceni. Właściwie dla widza festiwal to obserwacja, oglądanie, wzruszenie, a dla nas jest to praca. W ciągu jednego dnia odbywało się po kilka przedstawień, na jednej scenie, trzeba było zdążyć przygotować światło, przygotować scenę i już następny musiał wkroczyć. A przed nami też grali. Ale na szczęście wszystko się udało. Występowaliśmy na dużej scenie dawnego Teatru na Pohulance w Wilnie. Znakomicie się współpracowało z obsługą techniczną teatru, która pomogła nam przygotować światło, dźwięk, bardzo chętnie, bardzo sprawnie i bardzo profesjonalnie. Nie chwaląc się, spektakl w wykonaniu Jadwigi Pechaty bardzo się podobał, wielu zaskoczyła po prostu propozycja literacka, nie spodziewali się takiego wyboru. Zresztą myśmy z Jadwigą rzeczywiście trochę popracowali nad tym tekstem i muszę powiedzieć, że się pojawiły pewne dodatki w Wilnie, czego nie było we Lwowie. Ponieważ Wisława Szymborska i Zbigniew Herbert zaprzyjaźnili się i byli naprawdę bliskimi przyjaciółmi, jest między nimi ciekawa korespondencja. Postanowiłem jeden z listów Zbigniewa Herberta wykorzystać w tym programie. Został ten list nagrany i w momencie, kiedy głos aktora czyta ten list, a Szymborska wyjmuje ten list z koperty i słyszy głos swego przyjaciela – na tle dekoracji pojawia się portret Herberta.

A czyj głos był wykorzystany?

Mój własny. Pozwoliłem sobie tutaj na taki dodatek. Poza tym, wśród takich doznań artystycznych odbywały się jeszcze ciekawe warsztaty.

Może o warsztatach porozmawiamy za chwilę. Co jeszcze gospodarze festiwalu przedstawili?

Gospodarze przedstawili spektakl Znałem Mela Gibsona, który przedstawił aktor Studia Teatru Wileńskiego Łukasz Kamiński. Bardzo piękny spektakl, bardzo profesjonalny. Widziałem ten spektakl wcześniej w Rzeszowie w Studiu Radiowym.

Wiele razy przyjeżdżaliście do Wilna. Ale za każdym razem, jak Pan wspominał, znajduje się chwilka czasu, aby odwiedzić znane i ulubione miejsca w tym mieście. Czy tym razem zobaczyliście miejsce, o którym wcześniej nie wiedzieliście?

Chciałbym jeszcze dodać, że towarzyszyła nam bardzo piękna pogoda i skorzystaliśmy z tego. Mieliśmy jedno przedpołudnie wolne od zajęć stricte festiwalowych, więc urządziliśmy sobie wspaniałą wycieczkę po Wilnie. Oprowadzała nas pani Mira, która zna Wilno, powiedziałbym na wylot. Pokazała nam miejsca bardzo interesujące. Kiedyś w spektaklu, który prezentował Wiktor Lafarowicz – na podstawie pamiętników Aleksandra Fredry – aktor wymieniał nazwiska osób z Wilna i wśród tych, co pomogli kiedyś miastu, było nazwisko Sawicz. Dziwny zbieg okoliczności, bo podczas zwiedzania naszym mikrobusikiem wjechaliśmy w ulicę Sawicz. Zapytałem panią Mirę, skąd ta nazwa ulicy. Nasza przewodniczka opowiedziała nam bardzo interesująca historię. Człowiek o nazwisku Sawicz był lekarzem wojskowym. Kiedyś po klęsce napoleońskiej przechodził wileńskimi ulicami, które były przepełnione rannymi i martwymi ludźmi. Ci ranni zamarzali po prostu z braku opieki i dachu nad głową. Wśród konających osób lekarz zauważył postać młodego oficera i kiedy zbliżył się do niego, zobaczył, że jeszcze żyje i daje znaki życia. Sawicz zabrał go do swojego powozu i zawiózł do siebie. Po kilku miesiącach go wykurował. Tym uratowanym człowiekiem okazał się Aleksander Fredro. Później w swoich pamiętnikach komediopisarz wspomina nazwisko lekarza, któremu nie tylko on zawdzięcza życie, ale i wielu polskich oficerów. Aleksander Fredro później tyle ważnych rzeczy zrobił dla polskiego teatru, dla polskiej literatury. W swoich pamiętnikach Trzy po trzy wspomina tego wojskowego lekarza i jego nazwisko przewija się w naszym spektaklu. Mam teraz zupełnie inny stosunek do tego nazwiska, do tej ulicy. Coś bardzo wzruszającego.

fot. Anna Gordijewska / Nowy Kurier Galicyjski

Kto jeszcze wziął udział w festiwalu MonoWschód w Wilnie?

W kilku spektaklach gościnnie wystąpili artyści z Rzeszowa, wystąpił Przemysław Tejkowski i zagrał dwa swoje mono spektakle czyli Ostatnie tango z Herbertem, który mam nadzieję, będzie zaprezentowany we Lwowie oraz swój najnowszy spektakl Przesłuchanie człowieka. Rzecz o Przemysławie Gintrowskim. Bardzo interesujący spektakl, był też grany w Wilnie i między innymi w Trokach. Na zakończenie festiwalu gościnnie wystąpił również teatr imienia Wandy Siemaszkowej. Bardzo brawurowy i bardzo udany spektakl pokazali i tym spektaklem była znana sztuka Wenus w futrze. Dwójka młodych aktorów – Dagna Cipora oraz Michał Chołka z Rzeszowskiego teatru zagrali bardzo dobrze.

Według naszego Masocha? Nazwałam go „naszym”, ponieważ autor utworu Wenus w futrze urodził się we Lwowie. Ale dodałam to tylko na zasadzie skojarzenia.

W tegorocznych jesiennych podróżach teatralnych znalazło się jeszcze jedno bardzo interesujące miejsce. Opowie nam Pan o nim?

Tym miejscem było Studio Radiowe Radia Rzeszów. Od kilku lat jest tam scena dla widzów, którzy siedzą w Studiu, gdy spektakle są równocześnie emitowane na antenie radia. Aktorzy naszego teatru Jadwiga Pechaty i Wiktor Lafarowicz zagrali tam Hipnozę Antoniego Cwojdzińskiego. Bardzo serdecznie zostaliśmy przyjęci. I widzom, i słuchaczom bardzo się podobało. Spotkaliśmy się z bardzo pozytywnym odbiorem i właściwie jak gdybyśmy zainaugurowali szósty sezon tej sceny. Miejmy nadzieję, że nasza współpraca z tą placówką będzie kontynuowana.

Jesienią było Wilno, Rzeszów. Ale nie tylko. Był też Poznań. W Kurierze pisaliśmy o tym, że teatr był nominowany do tytułu Mistrza Mowy Polskiej. No i stało się. Gratulujemy! Proszę o tym opowiedzieć

Właśnie. Skończyła się premiera Nic dwa razy, która odbyła się 1 października we Lwowie. 2 października otrzymałem wiadomość, właściwie, zaproszenie na zakończenie konkursu Mistrz Słowa Polskiego, do Poznania. Finał odbywał się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Niestety, w żaden sposób nie mogłem dojechać na tę uroczystość, na którą chętnie bym się wybrał, ale jeszcze nie wiedziałem nic o nagrodzie. Natomiast 3 października otrzymałem wiadomość, że teatr nominowany w czerwcu tego roku w Warszawie, otrzymał nagrodę. Jest to nagroda Vox Populi dla teatru jako kuźni Mistrzów Słowa Polskiego. Piękny upominek przyjechał do mnie pocztą. Ja natomiast zdążyłem tylko wysłać depeszę z podziękowaniem, która została odczytana podczas tej uroczystości. To bardzo piękna, bardzo ważna dla nas nagroda – zostaliśmy docenieni za to, że w ciągu tylu lat pielęgnujemy język polski.

Wśród nagrodzonych jest to jedyna placówka poza granicami Polski?

Tak, jedyna placówka i jedyna nagroda zespołowa, bo właściwie te nagrody są przyznawane indywidualnym aktorom czy publicystom, czy spikerom, czy dziennikarzom i tego roku znaleźliśmy się obok bardzo popularnej dziennikarki radiowej i telewizyjnej Marii Szabłowskiej, która prowadzi programy muzyczne, oraz dwójki aktorów. Jeden z nich to bardzo sędziwy aktor polski Stanisław Brejdygant, którego poznałem w Warszawie. Wspominał o swoim pobycie we Lwowie w jednym z teatrów, gdzieś tutaj występował, ale nie mogliśmy ustalić, w którym miejscu, bo to było bardzo dawno i pan Stanisław nie pamiętał, w którym grał teatrze.

Reasumując, czas jest trudny, jest wojna na Ukrainie. Może w mniejszych formach, ale teatrowi udaje się jednak realizować plany?

Powiedziałbym z radością i nadzieją, że będzie lepiej. Cieszę się bardzo, że ze strony naszych, powiedziałbym, gospodarzy (myślę o dyrekcji Domu Nauczyciela we Lwowie), spotykamy się z bardzo przychylną współpracą, i nie zważając na bardzo trudne warunki w tej chwili, cały czas możemy korzystać z tego pomieszczenia, korzystamy z prądu, oczywiście stosując się do wszystkich wymogów bezpieczeństwa.

I jest przede wszystkim schron…

Jest schron, właściwie uporządkowany też częściowo przez nas, przez aktorów mojego teatru zostało także udrożnione dojście do tego schronu. Tak, Lwów, na szczęście, jest miastem bezpiecznym i stał się schronieniem dla wielu twórców, którzy przyjechali do Lwowa i tutaj mieszkają, dla wielu dziennikarzy. Teatry są czynne. Oczywiście dyscyplina w kraju, w którym toczy się wojna, musi być. Przykładem tego była moja wczoraj wizyta w Ukraińskim Dramatycznym Teatrze im. Marii Zańkowieckiej. Wybraliśmy się z Jadwigą Pechaty na zaproszenie dyrektora tego teatru na jedną z najnowszych premier, czyli Lwowskie tango, poświęconą przyjaźni, miłości i również współpracy Bogdana Wesołowskiego i Renaty Bogdańskiej. Bardzo pięknie zrealizowany, bardzo pomysłowy spektakl, muzyczny. Ale niestety. Spektakl miał się rozpocząć o godzinie 13, a tymczasem o godzinie 12:20 zabrzmiały syreny i został ogłoszony alarm. Wiadomo, gdy jest alarm, wstrzymane są wszelakie imprezy. Jeżeli nawet spektakl jest w toku – zostaje przerwany, widzowie zaś muszą zejść do schronu. Myśmy nie zdążyli wejść do teatru i musieliśmy półtorej godziny czekać przed teatrem. Wiele osób czekało, bo jak się okazało, był pełen komplet widowni.

Kiedy alarm został odwołany, mogliśmy wejść na widownię i usiąść. Rozpoczął się spektakl, na szczęście, nie przerwany już żadnym alarmem. Więc takie są dziś realia i, niestety, życie sprawia nam niespodzianki, ale ludzie zachowują się bardzo zdyscyplinowanie, wyrozumiale, nikt nie miał pretensji, wszyscy po prostu czekali, ponieważ chcieli wejść do teatru.

Przyszły rok jest rokiem szczególnym dla teatru. Będzie to rok jubileuszowy. Teraz, oczywiście, nie będziemy opowiadać o planach teatralnych w wojennej rzeczywistości.

Tak, zbliża się jubileusz 75-lecia naszego teatru. Jaki będzie, jaki będzie miał charakter, czy bardzo rozbudowany, czy będziemy musieli się zmieścić w bardziej skromnych ramkach – zobaczymy. Życie toczy się dalej. Życie, powiedziałbym, trudne, niełatwe i pełne niespodzianek. Miejmy nadzieję, że wszystko będzie zmierzać ku lepszemu. W tej chwili, niestety, nic pewnego nie można powiedzieć. Ja przygotowuję się do tej rocznicy, chciałbym jak najbardziej załączyć ludzi do tej naszej propozycji artystycznej i oczywiście wznowić pozycje, które graliśmy i które mamy w naszym repertuarze. Przyszłość pokaże.

A ja dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Gordijewska

Tekst ukazał się w nr 22 (410), 29 listopada – 15 grudnia 2022

Source: Nowy Kurier Galicyjski