I tylko wieczne niebo nad głową…

Olbrzymia wieża obronna – donżon – jest główną architektoniczną wizytówką Starokonstantynowa, miasta z burzliwą i tragiczną historią. Baszta została wniesiona z funduszy Wasyla Konstantego Ostrogskiego w latach 1561–1580. Według zamysłu fundatora miał to być jeden z głównych punktów obronnych miasta – wówczas jeszcze o nazwie bez dodatku „Stary”. Wysokość jej to prawie 30 m, co dawało możliwość kontroli dostępu do miasta i prowadzenie ostrzału na znaczną odległość.

fot. Dmytro Poluchowycz

W 1612 roku książę Janusz Ostrogski przybudował do wieży świątynię Matki Boskiej Gromnicznej. Była to budowla o cechach gotyckich z elementami wchodzącego wówczas w modę baroku. W ten sposób książę utwierdził swoje przejście na wiarę katolicką. Po konsekracji kościół przekazano dominikanom, którzy założyli obok niego klasztor ze szpitalem. Podporządkowany był Ruskiej prowincji dominikanów.

Ojcowie dominikanie gospodarzyli w Starokonstantynowie przez ponad dwa stulecia, aż do 1832 roku, kiedy to władze carskie zlikwidowały klasztor. Zakonnicy przenieśli się do klasztoru Wniebowzięcia NMP w Łucku, a ich starokonstantynowska parafia została przekazana kapucynom.

fot. Dmytro Poluchowycz

Po porażce powstania listopadowego Petersburg objął represjami wszystkich Polaków i katolików. Prawie wszystkie klasztory katolickie na terenach imperium Romanowych zostały zamknięte, a ich majątki i zabudowania przekazane na rzecz skarbu państwa lub Cerkwi prawosławnej. Rosyjscy popi natychmiast zaczęli przebudowywać wszystko według własnych kanonów. Z pracami nie kwapiono się – nabożeństwa prawosławne rozpoczęły się tu dopiero w 1837 roku. Wówczas wyszła na jaw przykra rzecz – podczas przebudowy robotnicy zamurowali wszystkie otwory wentylacyjne i wewnątrz pojawiła się straszliwa pleśń i wilgoć.

Już w roku następnym, nie radząc sobie z wilgocią, prawosławni opuścili trofeum. Świątynia kilka lat stała nieużytkowana. W tym czasie klasztor zamieniono już na więzienie, przytułek i koszary inwalidów 12 Ochtyrskiego Pułku im. Jego Wysokości księcia Fryderyka Karola Pruskiego. Słowo „inwalida” w tamtych czasach miało zupełnie inne znaczenie. Nie byli to ludzie ułomni fizycznie, lecz zwykli weterani tej jednostki, czyli żołnierze, którzy wysłużyli w niej 25 lat.

Weteranów nie obciążano musztrą, mieli więc dość wolnego czasu, który przeznaczali na ulubione zajęcie rosyjskiej armii – grabieże. W tym aktywnie wspomagali ich pensjonariusze przytułku. Dołączyliby do nich z pewnością i więźniowie, ale nie mieli możliwości swobodnego poruszania się. Zaczęto od rozgrabienia świątyni – nawet warsztat stolarski wyniesiono i przepito. Potem przyszła kolej na krypty, gdzie przez stulecia chowano zakonników, co znaczniejszych mieszczan i szlachtę. Świadkowie opowiadają, że ludzkie kości i fragmenty zetlałej odzieży leżały na terenie całego podwórza.

Dopiero w 1852 roku postanowiono świątynię odbudować. Prace postępowały szybko i po roku poświęcono ją jako cerkiew Podwyższenia Krzyża Świętego. Przy czym ceremonia o mały włos nie została zerwana.

Starokonstantynów jak i wiele miasteczek prawobrzeżnej Ukrainy miał liczną społeczność żydowską. W 1827 roku z rozkazu cara Mikołaja I wprowadzono obowiązek służby wojskowej również dla Żydów (przed tym spłacali oni „podatek rekrucki” i w wojsku nie służyli). Zasady rekrutacji młodych Żydów urzędnicy ułożyli o wiele ostrzejsze, niż dla chrześcijan. Jeżeli chrześcijanie podlegali poborowi od lat 18, to Żydów zabierano do wojska już w wieku 12 lat, a nawet 7–8 letnich. Młodocianych rekrutów najpierw kierowano do szkół i batalionów tzw. „kantonistów”, gdzie przebywali do pełnoletności. Przymuszano ich do zmiany wiary, co dla Żydów było tragedią. Rodzice, którzy nie mogli wykupić swego dziecka, przeżywali wówczas niejako jego śmierć, co nie było dalekie od prawdy, gdyż wskutek znęcania się i okrucieństwa wielu chłopców umierało już w pierwszym roku służby.

W przededniu ceremonii poświęcenia cerkwi komendant Starokonstantynowa pułkownik Kaliński umieścił 130 żydowskich rekrutów i ich konwojentów w zabudowaniach klasztornych.

Proszę sobie wyobrazić: 130 żydowskich dzieci w wieku 7–12 lat, obok histerycznie zawodzące matki i babcie… Krzyk i zawodzenia słychać było w całym mieście. Planowano nawet przenieść ceremonię. Ale wkroczył w to gubernator, który nakazał komendantowi natychmiast oczyścić teren wokół świątyni z małoletnich rekrutów i ich matek, po czym poświęcenie cerkwi przebiegało już bez zakłóceń.

Trzeba zaznaczyć, że zarówno pierwsza, jak i druga przebudowa kościoła na cerkiew dotyczyła głównie wnętrza świątyni. W 1860 roku rząd przeznaczył dodatkowo z kasy państwowej 30 tys. rubli – olbrzymie na ten czas pieniądze – na przebudowę kościoła dominikanów na cerkiew prawosławną według zatwierdzonego przez Synod projektu Ernesta Gilbera. W wyniku tej rekonstrukcji gotycka świątynia „obrosła” typowymi „baniami” i innymi architektonicznymi elementami, charakterystycznymi dla moskiewskiego prawosławia. Wyglądało to ohydnie i od razu było wiadomo, kto tu gospodarzy.

W czasie wojny ukraińsko-sowieckiej świątynia i dzwonnica-donżon ucierpiały wskutek ostrzału artyleryjskiego i długo pozostawały w stanie ruiny. W dawnym klasztorze sowieci urządzili więzienie i katownie NKWD. Podczas okupacji niemieckiej ta smutna tradycja była kontynuowana – gospodarzyła tu policja i żandarmeria.

fot. Dmytro Poluchowycz

Od 2000 roku dawne mienie dominikanów znów przejęła moskiewska Cerkiew prawosławna. Dziś w całkowicie przebudowanej i podobnej do hali fabrycznej budowli z trudem można rozpoznać dawny klasztor – zabytek architektury z I połowy XVII wieku. Niszczenie tego zabytku, pomimo licznych zakazów obwodowego zarządu architektury, trwa nadal. Starzy-nowi właściciele mieli solidne „plecy” w osobie prezydenta Wiktora Janukowicza i ignorowali wszelkie zakazy, nakazy i próby władz lokalnych, by uchronić spuściznę historyczną Ukrainy przed moskiewskim barbarzyństwem.

fot. Dmytro Poluchowycz

Pozostałości opuszczonego kościoła robią wrażenie. Ruiny tchną pewnym smutkiem i odczuwa się tu mocno obecność Boga. Może dlatego, że nad głową mamy niebo nie namalowane na stropie, lecz prawdziwe – z chmurkami i ptaszkami. Nie wiadomo, jaki będzie los tej unikalnej budowli. Czy zostanie odbudowana, a jeżeli tak, to jak? W pierwotnym kształcie, czy z cebulastymi baniami?

Tylko Bóg to wie…

Dmytro Poluchowycz

Tekst ukazał się w nr 15-16 (379-380), 31 sierpnia – 16 września 2021

Source: Nowy Kurier Galicyjski